środa, 25 czerwca 2014

Chapter 10 "Strach ma wielkie oczy"

Przez kilka następnych dni siedziałam sama w hotelu w zupełnej ciszy. Rzeczy Harry'ego w tajemniczy sposób zniknęły, co przyprawiło mnie o dawkę bólu i rozczarowania.
Miałam zadzwonić do Kasi, ale byłam tak załamana tym wszystkim, że nie miałam na to po prostu siły. Zwłaszcza, że Harry nie odbierał moich telefonów. Nie tyle nie odbierał, co miał wyłączony telefon, więc nie mogłam się z nim w żaden sposób skontaktować. Kiedy dzień przed wigilią zadzwoniła moja komórka, byłam już totalnie zdepresjonowana. Leżałam na ziemi i liczyłam okrągłe rzeczy, znajdujące się w zasięgu mojego wzroku. Z trudem wyciągnęłam rękę po komórkę i przycisnęłam telefon do ucha, jednocześnie odbierając.
-Halo? - zapytałam.
-Będziesz dziś w domu? - usłyszałam głos mojej mamy. Wydawała się pogodna, ale też zdenerwowana. Jakby się czegoś obawiała.
-Tak, mam pociąg za godzinę - odparłam, zaczynając się bawić kosmykiem włosów. - A co?
-Nic, bo będziemy mieli specjalnego gościa - powiedziała.
-Tak? Kogo takiego? - starałam się brzmieć na zainteresowaną, ale kiepsko mi to wychodziło, jeśli mam być szczera. Chciałam tylko, aby pozwoliła mi dalej w milczeniu leżeć na tej twardej podłodze pokrytej drewnianymi panelami.
-To będzie niespodzianka - powiedziała.
-Ekstra - naprawdę chciałam się cieszyć, ale z marnym skutkiem. Jakoś nie mogłam myśleć o świętach... O kolejnych świętach bez Harry'ego.
-Czemu jesteś taka smutna? Co się dzieje? Nie wzięłaś leków? - zapytała. Miałam je przy sobie, to prawda. Wysłała mi je pocztą, ale i tak ich nie brałam. Nie chciałam.
-Nie w tym rzecz. Trochę posprzeczaliśmy się z Harrym - wyjaśniłam. - Nie będzie go jutro na świętach.
-Co? Dlaczego? O co poszło? - chciała wiedzieć, ale ja nie chciałam mówić.
-O nic takiego - odparłam. - Wszystko będzie w porządku, kiedy tylko wrócę do Londynu - naprawdę chciałam w to wierzyć, ale nie wiedziałam, czy warto.
Panowała krótka chwila ciszy. Kiedy już myślałam, że się rozłączyła, usłyszałam jej głos.
-Lia?
-Tak?
-Tylko nie zrób nic głupiego - poprosiła mnie.
-Dobrze, mamo - obiecałam, ale w duchu miałam skrzyżowane palce. Głównie dlatego, że już coś zrobiłam. Moja ręka była wspaniałym przykładem.
Odłożyłam telefon i zamknęłam na moment powieki.
-Co jest? - zapytał zauważając moje dosyć sztywne ruchy.
-Chyba nie umiem tańczyć - wyjaśniłam.
-Spokojnie, nauczę cię - powiedział i uśmiechnął się do mnie, a w jego policzkach pojawiły się przecudowne dołeczki.
Uśmiechnęłam się delikatnie, przypominając sobie swoje początki z Loczkiem. Właśnie od tego zaczęła się nasza znajomość. Od niewinnego tańca na niewinnej imprezie urodzinowej.
 -Coś się stało? Wyglądasz na zdenerwowaną - cholera, zauważył.
-I jestem. To moja pierwsza randka - powiedziałam.
-Randka? Skoro chcesz to tak nazwać... Ja myślałem, że to spotkanie - mówił z ironią w głosie. 
Moje policzki zapiekły, i czułam, że całą twarz mam oblaną różem. Cholera. On wcale nie miał tego za to, co ja miałam. Nie potrzebnie się denerwowałam, a teraz przez te nerwy wepchnęłam się w bagno. Czy gorzej być nie mogło? I co miałam teraz powiedzieć?
-Tak pomyślałam, bo... Raczej na spotkania z koleżanką nie przynosi się róży - starałam się usprawiedliwić swoje myśli.
-Tu mnie masz - powiedział, na co lekko odetchnęłam.
 Kolejne miłe wspomnienie. Aż trudno uwierzyć, że od tego czasu minęło dwa i pół roku. I że teraz to wszystko może być przeszłością przez alkohol. Jak mogłam być aż taką idiotką? Łzy bezwiednie popłynęły po moich policzkach.
-Kto... Kto ci to zrobił? - zapytał.
-Czy to ważne?
-Tak. Przysięgam, że obetnę tej osobie jaja za to co ci zrobił - powiedział te słowa z taką powagą, że aż się przeraziłam.

Zacisnęłam mocniej oczy. Serce zakuło mnie na myśl, że wtedy był w stanie dla mnie zabić, a teraz odszedł przez alkohol... Czy może jednak nie byliśmy sobie pisani? Może to była wymówka na to, że już mnie nie kochał?
Zbyt długo powstrzymywałam się od płaczu, więc w końcu wybuchłam. Łkałam i łkałam, a w głowie co i rusz pojawiały mi się nowe wizje. 
-Wciąż śpię? - wymruczał.
-Nie - odparłam.
-Myślałem, że nie zostaniesz ze mną - wyjawił.
-Jestem tu - powiedziałam.
-Tak bardzo się cieszę - szepnął.
-Ja też, ale to jeszcze nie koniec. Później będzie mi znowu trudniej. Dziś, po całej nocy przebywania z tobą, zobojętniałam na twój dotyk w zadziwiającym stopniu, ale po kilku godzinach rozłąki będę musiała zaczynać od początku. No może niezupełnie od samego początku - zacytowałam Edwarda.
Czemu nie mogłam zobojętnieć teraz? Gdyby nie problem z tym, nie wypiłabym aż tyle, zachowałabym trzeźwość, a rano, tuż po weselu, ja i Harry moglibyśmy się kochać, dopóki byśmy nie zasnęli. Chciałabym dochodzić pod nim każdej nocy. Chciałbym, aby było normalnie.
Wybrałam jego numer ze łzami w oczach, łudząc się, że odbierze.
-Cholera, no! Odbierz! - fuknęłam pod nosem, starając się przestać szlochać.
-Odebrałem - usłyszałam jego głos. Byłam zaskoczona, że do tego doszło. - W porządku? - zapytał. Wciąż się o mnie martwił?
-Kocham cię, Harry - wymruczałam przez łzy.
-Co? Mów wyraźniej, nie rozumiem - poprosił.
-Mówiłam, że ładna dziś pogoda - nie odważyłam się powtórzyć tego, co powiedziałam jeszcze kilka sekund wcześniej.
-Ja też cię kocham - odpowiedział na moje wcześniejsze słowa. Zrozumiał. - Ale mamy wiele do omówienia. Myślę, że zrobimy to po świętach. Teraz czas na to, byśmy się radowali, bo mamy Boże Narodzenie przed nosem - zauważył.
-Proszę cię... - szlochałam. - Czy... Czy to jest do naprawienia?
-Wszystko będzie zależne od ciebie. Porozmawiamy za kilka dni. Wesołych świąt - powiedział i rozłączył się.
-Jak mają być wesołe, kiedy ciebie tu nie ma? - zapytałam, choć wiedziałam, że przecież już tego nie usłyszy. Rozłączył się, a ja nie mam zdolności telepatycznych, aby przesłać mu swoje myśli. Nawet nie wiem, czy na taką odległość byłoby to możliwe.

Im bliżej byłam domu, tym bardziej chciałam zawrócić i nie musieć tam wracać. Czułam się koszmarnie i nie miałam siły na nikogo patrzeć. A zwłaszcza na mamę. I tak się dużo mnie naoglądała w takim stanie. Po co miały być kolejne minuty patrzenia na moją żenadę?
Wysiadłam z pociągu i pociągnęłam za sobą walizkę z rzeczami. Była okropnie ciężka, a ja kompletnie nie miałam siły. Poczułam wdzięczność, że Harry wcześniej nią wniósł. Żałowałam, że go teraz nie było. Nie tylko dla walizki. Po prostu go pragnęłam obok. Nawet jeśli nie mogłam go dotknąć.
Bez pukania weszłam do środka, widząc, że drzwi nie zostały domknięte. Zaskoczyło mnie to trochę, więc chciałam natychmiast zapytać o to mamę. Gdyby nie rozmowa w kuchni... Nie spodziewałam się nikogo. Zupełnie zapomniałam, że mama o kimś mi wspominała.
Zostawiłam walizkę w progu i ruszyłam do kuchni, skąd dobiegały znajome głosy. Im bliżej byłam, tym bardziej paraliżował mnie strach. Czułam, kim jest osoba, która towarzyszyła mojej mamie. Wysunęłam się zza progu i dostrzegłam Alka siedzącego przy stole obok mojej mamy. Oboje zamilkli, kiedy mnie zobaczyli. Nie wiedziałam, czy powinnam uciekać, czy raczej zemdleć. Co prawda, to nie Alek przyprawił mnie o drugi życiowy koszmar, ale ten pierwszy i tak zapewnił. I tak marnie mi się kojarzył.
-Julia! - ucieszył się, kiedy mnie zobaczył. W jego czole zrobiła się ledwo widoczna zmarszczka, co świadczyło o tym, że poczuł lekki zmartwienie.
-Co on tu robi, mamo? - nie zwróciłam uwagi na brata.
-Wyszedł na przepustce. Chciał z tobą porozmawiać - oznajmiła mi.
-Pytanie, czy ja tego chce - burknęłam ostro. - A nie chcę.
-Julia, daj sobie coś powiedzieć - nalegał. - Proszę cię. Daj mi szansę. Przecież zawsze dajesz.
-Nie mam na to dziś siły - powiedziałam, kiwając lekko głową. Próbowałam się wyrwać z otępienie, czy tego stanu, w który weszłam. Alek stał przede mną, oddalony jedynie o dwa kroki.
-Nie zdobędę kolejnej przepustki prędzej niż w przyszłym miesiącu. Proszę, daj mi szansę - nalegał.
-Zostawię was samych - oznajmiła mama, a potem zniknęła w głębi salonu.
-Masz tylko pięć minut - powiedziałam. - Potem nie chcę cię widzieć - stwierdziłam.
-Nie przyszedłem tutaj, aby się z tobą kłócić - oznajmił i zrobił krok do przodu. Automatycznie się wycofałam. Zauważył mój ruch. - Strach ma tylko wielkie oczy, ale naprawdę jest malutki - powiedział zagadkowo. Mama wspominała mu o mojej fobii? Jeśli tak, to...
Wzięłam głęboki oddech. Chciałam, aby już powiedział to, co ma do powiedzenia i wyszedł. Naprawdę nie miałam dzisiaj siły, aby prowadzić dyskusje na TEN temat.
-Wiem, że masz przeze mnie poważne problemy, ale wyluzuj. Nie jestem Michałem i nie wpędzę cię w jeszcze większe. Przyszedłem tutaj, aby cię przeprosić - oznajmił i zamilkł na chwilę, aby zobaczyć moją reakcję. Odniósł marny skutek, ponieważ nie zareagowałam w żaden sposób i nie dałam po sobie poznać, jak bardzo jego słowa uderzyły we mnie. Nienawidziłam, kiedy mnie przepraszano. Jeśli chodzi o prawdziwe afery, to zawsze miałam wrażenie, że to ja powinnam przepraszać, niezależnie czyja była wina. Zawsze myślałam, że moja. - Skrzywdziłem cię w niewyobrażalny sposób. Byłem dzieciakiem i chyba chciałem się bawić... Zresztą... To nie ma wytłumaczenia. Wiem, że jestem ostatnim skurwysynem, ale chciałbym abyś mi wybaczyła. Chciałbym, abyś pozwoliła mi spędzić ze sobą święta. Żeby było choć w małym stopniu, tak jak wtedy, gdy było w porządku - mówił dokładnie to, co chciałam usłyszeć. Chciał odbudować ze mną relację. Chciał, abym była jego siostrą. Taką prawdziwą. - Jesteś moją małą siostrzyczką i nie pozwolę, aby ponownie stała ci się krzywda. Naprawdę zrozumiałem swój błąd.
Milczenie. Alek wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę i chyba zaczynała wstępować w niego rezygnacja, kiedy milczałam przez dłuższy okres czasu. Zwiesił głowę i chyba zamierzał już sobie iść. Wyminął mnie, ale zatrzymałam go, łapiąc za ramię i odwracając.
-Wszystko w porządku - powiedziałam z załzawionymi oczami. To były łzy szczęścia. Odzyskałam brata. Wiedziałam, że przepraszał szczerze, ponieważ nigdy nie widziałam, żeby robił to w taki sposób. - Bardzo za tobą tęskniłam - wyznałam i przytuliłam się do niego, a on odwzajemnił uścisk. To irracjonalne, bo był osobą, która skrzywdziła mnie najbardziej, a jednocześnie jedną z niewielu, których nie bałam się dotykać.
-Schudło ci się ostatnio, nie mam już z czyjej otyłości żartować - powiedział szeptem do mojego ucha, a ja zaczęłam chichotać, ponieważ wiedziałam, że się zgrywa.
Odsunęłam się od niego i uderzyłam go z pięści w ramię. Na jego twarzy wymazał się udawany grymas, po czym złapał się za ramię.
-Umieram na ból ramienia! - śmiał się. - Boże, dopomóż!
-Bogiem nie jestem, ale wiem, że od tego się nie umiera - powiedziałam radośnie, a on przestał udawać i uśmiechnął się do mnie promiennie.

-Zaśpiewaj cichą noc - zaproponował Aleksander.
-Jasne, nie ma mowy. Nie nadaję się do tej piosenki - powiedziałam.
-Wiem, ale śpiewałaś ją w każde święta i było się z czego pośmiać - droczył się ze mną.
Wytknęłam mu końcówkę języka, ale nie gniewałam się naprawdę. Właściwie byłam szczęśliwa, że zdecydował się spędzać święta razem ze mną.
-Koniec afer. Święta są - ucięła moja mama.
-Ta, ta... Czas jednoczenia, bla, bla. Przecież wiem. Tylko się zgrywamy - powiedziałam.
-Zaraz będzie babcia z dziadkiem. Zachowujcie się, jak na rodzeństwo przystało - strofowała nas.
-Nie było tak trudno poczuć się siedmiolatką - zażartowałam, mówiąc rzecz jasna o pouczającej nas mamie.
Brat wywrócił oczami, ale w duchu poczułam, że niepotrzebnie to przypominałam. Atmosfera lekko się napięła.
Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi. Wiedziałam, że to dziadkowie.
-Otworzę! - oznajmiłam i zerwałam się z miejsca.
Podbiegłam do drzwi i odkręciłam zamek, aby wpuścić dziadków. Ich kurtki były całe mokre od rozpuszczonego śniegu, który dziś wyjątkowo mocno sypał z nieba.
-Wesołych świąt, kochanie - powiedziała babcia.
-I wzajemnie.
Zajęłam się witaniem dziadków i wieszaniem ich kurtek na wieszakach. Chwilę rozmawialiśmy w progu, a potem zaprosiłam ich do salonu. Byli zdziwieni widokiem Alka, ale i zadowoleni. Szybko wyjaśniliśmy, że jest wszystko okej, aby nie ciągnąć dalej tej rozmowy w święta. Po co psuć nastroje?
Gdy zaświeciła pierwsza gwiazdka, zjedliśmy kolację. Potem dziadkowie położyli jakieś paczki pod niewielkich rozmiarów choinką. Nie zainteresowałam się nimi tak, jak wtedy, gdy byłam małym dzieckiem. Alek też wydawał się nie zwracać uwagi.
-Brakuje tylko Świętego Mikołaja - zauważył dziadek.
-Moment - powiedziałam i zniknęłam w swoim pokoju. Odnalazłam szybko czapkę mikołaja i znalazłam jakiś czerwony żakiet. Ubrałam obie rzeczy i wróciłam do pokoju. - Jestem elfem Świętego Mikołaja. Przybyłam w zastępstwie.
Wszyscy uśmiechnęli się radośnie, a ja zabrałam się za rozdawanie pakunków. Mój brat dostał ich najmniej, gdyż był niespodziewany, a ja miałam najwięcej. I o dziwo, były to prezenty, a nie pieniądze.
Dostałam trzy książki i różową koszulkę z napisem "sister ever". Na oko mogłam stwierdzić, że jest za duża, ale i tak mnie cieszyła.
~*~
-To naprawdę ważne - burknęła Sophie, widząc lekkie lekceważenie ze strony Louisa.
-Musimy w moje urodziny? - dąsał się.
-Tak. Akurat dziś mi się zebrało - powiedziała.
-Co ja mam zrobić? Wsadzić ją siłą do karetki, żeby się przebadała? - Louis był zły na żonę, że męczyła go w jego dzień niedowagą Julii. Owszem, był o nią zmartwiony i w ogóle, ale nie miał ochoty rozmawiać o tym teraz.
-Nie, ale mógłbyś się postarać pomóc mi wymyślić coś, żeby ją trochę odciążyć. Ona jest w słabym stanie psychicznym i fizycznym, a ja się o nią martwię - walczyła blondynka o zrozumienie niebieskookiego.
-Dobrze... To może załatwmy jej asystentkę od brudnej roboty? Żeby nie musiała nigdzie biegać po mieście - zasugerował na odczepne. Nie wiedział, że Sophie uzna to za rewelacyjny pomysł.
-Doskonale! Sama bym się tym zajęła... Ale ta ciąża... Nie mogę się denerwować... Moja kuzynka jest dobra w tego typu sprawach. I jest miła. Może ona się nada? Jest w Londynie od roku i chyba wciąż nie ma dobrej pracy - wymyślała Sophie.
-Jaka kuzynka?
-Ta taka ruda, co siedziała niedaleko nas na weselu. Melanie Jones - wyjaśniła.
-Och, kojarzę. W porządku.
-Czyli zostajemy przy asystentce?
-Tak.
~*~
 _______________________________________________
Melanie została dodana do postaci :)

13 komentarzy:

  1. Czuję, że Melanie coś pokombinuję w opowiadaniu. Takie mam wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej. Alek przeprosił Julię <3
    W dodatku ona była szczęśliwa! Pozwoliła mu się dotknąć i przytuliła się do niego! Czy tylko u mnie zrobiło się gorąco?
    Właśnie ja też coś czuję,że Melanie namiesza w opowiadaniu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam złe przeczucia co do tej Melanie

    OdpowiedzUsuń
  4. jejcia <3 Alek taki kochany :D
    ale ta Melanie... coś mi tu... śmierdzi xd

    OdpowiedzUsuń
  5. miło że chociaż on przeprosił..
    wsxystko super x

    OdpowiedzUsuń
  6. boski rozdział :) czekam na nexta z niecierpliwością :D ta melani mi nie pasuje..coś czuje,że zrobi jakąś aferę między nimi wszystkimi :/ pzdr ruda;*

    OdpowiedzUsuń
  7. Ta Melanie jakoś napawa mnie pesymizmem i czuję, że sporo namiesza. Alek okazała się naprawdę super mimo tego co zrobił :( Hazza trochę mnie zmartwił, ale mam nadzieję, że będzie dobrze, musi być!!! Ciekawa jestem co będzie dalej i czekam z niecierpliwością!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. No i czekamy na nexta <3
    (taaa, nie wiem co napisać bo tak bardzo zajebiste *..*)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapraszam do udziału w konkursie na najlepsze fanfiction :)
    http://call-me-clown.blogspot.com/2014/06/konkurs.html

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak miło się czytało, że się pogodzili <3 Awwwww *_*

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz :)

Szablon by S1K