sobota, 7 czerwca 2014

Chapter 7 "Nie powinnaś była tu przyjeżdżać"

Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy Harry przybliżał się do mnie. Jego usta były tylko o milimetry od moich. Przestrach wzrastał we mnie z jednej setnej na drugą. Bałam się. Tak cholernie. Chciałam się wycofać, ale nie mogłam go zranić. Szukałam ratunku. Serce waliło mi jak oszalałe. Moje czoło zaczęło się pocić.
-Lia? - usłyszałam za sobą głos Sophie.
Odetchnęłam, kiedy Harry dynamicznie się ode mnie odsunął, jakbym go poparzyła. Skupił wzrok na swoich złączonych palcach, którymi notorycznie się bawił.
-Wszystko w porządku? - zapytała wyłaniając się zza rogu budynku. Popatrzyła po nas i zdawała się nie zauważać, że byliśmy tak blisko od pocałunku.
-Zostawię was same - powiedział Hazz i podniósł się z miejsca obok mnie. Dziękowałam Soph w duchu za jej przybycie w odpowiednim momencie, ale też było mi bardzo szkoda Harry'ego. Miał wielką nadzieję na ten pocałunek, a nic z niego nie wyszło.

Kiedy chłopak odszedł, blondynka zajęła jego miejsce. Chwilę wpatrywała się we mnie bez słowa. Nie wiedziałam, jak mam się zachowywać. Powinnam była ją przeprosić? Powiedzieć cokolwiek? A może milczeć, tak jak postąpiłam? Nie wiedziałam.
Sophie złapała moją rękę i zaczęła delikatnie bawić się moimi palcami. Przeszedł mnie dreszcz, jednak szybko się uspokoiłam. Cierpliwie czekałam, aż dziewczyna powie cokolwiek. Chwila ciągnęła się w nieskończoność, zanim Sophie zdecydowała się przemówić.
-Przepraszam - rzekła.
-Ty? A za co? - zdziwiłam się.
-Powinnam była się domyślić, że to dla ciebie trudna sytuacja - powiedziała.
-To nie twoja wina. To ja jestem jakaś nienormalna.
-Nie jesteś nienormalna - zaoponowała.
-Ależ jestem. Nie potrafię się nawet normalnie cieszyć szczęściem swojej przyjaciółki - odparłam.
-To nie twoja wina - stwierdziła.
-Moja. Po prostu cholernie ci zazdroszczę. Masz rodzinę, przyjaciół, chłopaka, ja nie mam nic...
-Jak to nic? Co z twoją mamą? Sarą, Piotrem, Kasią i Adamem? Z Harrym? Masz to wszystko, co mam ja, tylko trochę inaczej.
-Co to znaczy, że "mam to trochę inaczej"?
-Że masz to wszystko tak jakby daleko od siebie. Jakby za powłoką ze szkła. Z mamą masz słaby kontakt, nie potraficie się dogadać, bo twoja mama nie bardzo potrafi rozbić twoją szklaną powłokę, ale na pewno cię kocha. Co do przyjaciół... Nie są może tak głęboko w tej sytuacji, dlatego jest im trudno cię zrozumieć. Nie widzą tego, jak się zachowujesz. Ja się bardzo staram, ale też nie zawsze jestem w stanie. Nie jestem przyzwyczajona do posiadania wszystkiego, ale nie w zasięgu ręki. Co do Harry'ego... On zaś w jakiś sposób rozbija szkło, którym jesteś otoczona. Widzę, że czasami przy nim pękasz, ale zawsze dzieje się coś, co was oddala, więc twoje szkło się jakby zrasta. O to mi chodzi. Kiedy uda ci się rozbić to szkło, nauczyć się znowu cieszyć, uwierz mi, że to dostrzeżesz - tłumaczyła mi.
-Obawiam się, że nie do końca o to mi chodzi - powiedziałam szeptem, tak, że dziewczyna tego nie usłyszała.
-Wszystko w porządku? Co ci Harry powiedział? Wydawał się zdenerwowany, kiedy odchodził - zaciekawiła się.
-Nic takiego, tylko, żebym się nie przejmowała - opowiedziałam w wielkim skrócie. - Pójdę już do tourbusu, chyba muszę się położyć - wyjaśniłam i podniosłam się z miejsca. Prawda była taka, że już nie chciałam rozmawiać. A na pewno nie o Harrym.
Podniosłam się z ziemi i tak jak powiedziałam, wróciłam do busu. Położyłam się na swoim łóżku i spojrzałam w bok. Dostrzegłam, że na przeciwko mnie, na swoim łóżku, leży sobie Niall i wpatruje się we mnie. Jego oczy wyrażały emocję, której nie potrafiłam zdefiniować.
-Co? - zapytałam delikatnie, starając się nie zabrzmieć podle.
-Gucio - burknął.
-O co ci chodzi? - lekko się sfrustrowałam, ale starałam się pozostać spokojna.
-O nico.
-Jezus, no powiedz mi. Dawaj. Wygarnij, co ci leży na sercu.
-O nic mi, kurwa, nie chodzi! - burknął, podnosząc się do siadu. Ja również usiadłam.
-O nic? To czemu się, do cholery, drzesz? - zapytałam.
-Bo mi się tak, kurwa, podoba. Po prostu mnie wkurwiasz tą swoją "żałosnością" - powiedział, robiąc cudzysłów w powietrzu.
-O czym ty mówisz?
-Tak bardzo chcesz być w centrum uwagi? Okej, rozumiem, zgwałcono cię, tralalala, ale robisz z siebie ofiarę, jednocześnie udając pomocną. Wydaje ci się, że nam pomożesz, ale gówno prawda. Wiem, że chcesz nas zrujnować. Zgodziłem się na to tylko przez wzgląd na chłopaków. Poza tym... To, co zrobiłaś Sophie i Louisowi... Jak możesz zachowywać się w taki sposób? Nie potrafisz cieszyć się ich szczęściem?
-Ty nic nie rozumiesz! Ja straciłam dziecko!
-Zajebiście! Wyobraź sobie, że ja też. Nie powinnaś była tu przyjeżdżać - burknął i zeskoczył ze swojego łóżka, po czym wyszedł, zostawiając mnie samą.
~*~
Musiałem ochłonąć. Julia była tak cholernie irytująca i taka... o zgrozo - pociągająca. Zaskakujące, że kiedy na nią krzyczałem, pragnąłem ją przelecieć. To durne i strasznie frajerskie, ale tylko o tym potrafiłem myśleć. Może chciałem w ten sposób odreagować? Ciąża Sophie przypomniała mi o tym, że moje dziecko zmarło. Że nawet go nie dotknąłem. Co tam dotykanie, ja nawet nie wiedziałem, jaką ono miało płeć. 
Ale ja przynajmniej nie zachowałem się tak, jak ona. Nie wybiegłem i nie zrobiłem w ten sposób przykrości swojemu przyjacielowi. Julia po prostu uwielbiała być w centrum uwagi. Nie mogła znieść tego, że w tamtym momencie to Tomlinsonowie byli najważniejsi. Oczywiście musiała zrobić aferę, żeby jak zwykle znaleźć się na środku jak jakaś gwiazda. Między nią, a ciałem niebieskim z nieba była tylko jedna różnica - ona wcale nie błyszczała i przygaszała wszystko w koło, na co tylko spojrzała. Prawda boli, ale to właśnie nią było.
Nawet się nie zorientowałem, kiedy znalazłem się w parku. Usiadłem na jednej z ławek i wziąłem głęboki oddech. Kiedy wielu ludzi w parku śmiało się z różnych rzeczy, usłyszałem wyraźniej jeden z chichotów, który wprost ubóstwiałem kiedyś łowić uchem. Nie słyszałem go jednak od dawna, dlatego nie mogłem go skojarzyć z żadną z osób, które znałem. Podniosłem się i przebiegłem przez tłum, jakbym szukał tego dźwięku, jednak nigdzie go nie było. Śmiech, który usłyszałem był tylko w mojej głowie, bo nigdzie nie znalazłem jego właściciela.
~*~
Zaśmiałam się delikatnie, kiedy pielęgniarka opowiedziała mi żart o byłych psychopatach. Podpisałam ostatni papier i mogłam wyjść. W końcu. Nie mogłam uwierzyć, że już niebawem będę mogła się zobaczyć z rodziną. Z Zaynem. Oczywiście widywałam ich wszystkich, jednak to nie to samo, co spotkać ich na neutralnym lub znajomym gruncie. Psychiatryk był taki obcy i nieprzyjazny normalnym rozmowom.
Wyszłam z budynku i złapałam oddech pełną piersią. Tak dawno nie znajdowałam się na wolności. Dwa lata. 
Chciałam zadzwonić do brata, ale wiedziałam, że może teraz występować na scenie, bo ruszył w trasę koncertową, więc zrezygnowałam ze swojego pomysłu. Po prostu byłam pewna, że i tak by nie odebrał. 
Postanowiłam się wybrać na spacer, przed powrotem do domu. Nogi same zaprowadziły mnie do parku. Było zimno i padał śnieg, nic dziwnego, przecież był grudzień. Mimo to, park wyglądał świetnie. Nawet drzewa pozbawione liści.
Usiadłam na małej ławeczce, kiedy nagle dostrzegłam jakiegoś chłopaka, o farbowanych blond włosach. Stał do mnie tyłem i przyglądał się Tamizie. Wydawało mi się, że go znam i kiedy przyjrzałam się uważniej, uznałam, że to musiał być Niall. Podbiegłam do chłopaka, zadowolona, że mogę go zobaczyć. W tamtej chwili zupełnie zapomniałam, że nie znajduje się on w Londynie.
-Niall! - krzyknęłam, a chłopak się odwrócił. Zatrzymałam się, bo dostrzegłam, że to wcale nie on, tylko jakiś chłopak, o podobnej fryzurze. Zrobiło mi się głupio, że pomyliłam jakiegoś blondyna z moim Niallem. - Przepraszam, pomyliłam się - powiedziałam skompromitowana i odeszłam.
Co to w ogóle miało być?
Kiedy zobaczyłam budkę telefoniczną, nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, zapragnęłam porozmawiać z Julią. Wsadziłam pieniądze do maszyny i wybrałam numer. Odpowiedziała mi jednak cisza. Odłożyłam słuchawkę. Lekko zdołowana, zdecydowałam wrócić do domu.
~*~
Czy można wierzyć w coś takiego, że ludzka dusza wędruje między światami, dopóki nie wypełni swojego życiowego celu? Czu można wierzyć, że dusza ludzka potrafi wtargnąć do czyjegoś umysłu i całkowicie go opętać? Czy można wierzyć, że dziecko potrafi nawiedzić nas w snach? Może tak, ale pod warunkiem, że nie jest to martwe dziecko. Oczywiście, Anne śniła mi się ostatnimi czasy codziennie, ale nigdy nie było to coś takiego. Widziałam ją wyraźnie. Oczywiście we śnie. Była dużo starsza, niż w momencie, kiedy zmarła. Miała około dziesięciu lat i przez cały czas uważnie wlepiała we mnie swoje zielone oczka. Miała zaciśnięte usta, a wyraz jej twarzy był obojętny.
-Mamusiu - przemówiła nagle słodkim, piskliwym głosikiem.
-Tak, kochanie? - odezwałam się do niej. Uklękłam na podłodze, aby być jej wzrostu. Płakałam. Chciałam jej dotknąć, ale była za daleko.
-Mamusiu - powtórzyła.
-Mów skarbie, słucham cię - zapewniłam ją. To wszystko było tak realne, że aż nieprawdopodobne.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, jakby chcąc sprawdzić, czy nikt nas nie słucha. Nie dostrzegłam żywej osoby. Po za sobą we własnym łóżku.
-Bardzo cię kocham - wymruczała. - Muszę ci coś powiedzieć - oznajmiła mi.
I nagle jakby wszystko zostało zerwane. Do pomieszczenia wszedł Harry i dosłownie przeszedł przeze mnie. W tamtym właśnie momencie zdałam sobie sprawę, że wcale nie śnię. Czujący rozrywanie, coś zaczęło mnie ciągnąc do ciała leżącego na piętrówce. Zaczęłam krzyczeć. Głośno, jednak nikt mnie nie słyszał. Anne rozmyła się i nagle znalazłam się w swoim ciele. Podniosłam się do siadu i od razu poczułam, jak pot zalewa moje ciało.
-Zły sen? - zapytał Harry.
-To raczej nie był sen - wyjaśniłam.
-Przecież spałaś...
-Harry.... Czy ty... wierzysz w zjawiska paranormalne? - zapytałam
-To zależy, a co?
-A wierzysz, że można wejść do zaświatów, będąc żywym? - kiedy wypowiedziałam to na głos, zdałam sobie sprawę, jak durnie to zabrzmiało.
Harry prawie wypluł wodę, którą właśnie pił, kiedy usłyszał, o co go zapytałam.
-Bredzisz, Lia. Powinnaś odpocząć i przestać tyle myśleć - stwierdził i poszedł do tourbusowej łazienki.
W czasie, kiedy on załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne, ja weszłam w internet, by poszukać odpowiedzi na swoje pytanie. To coś... To coś, co przeżyłam... To było OOBE... Zjawisko parapsychiczne, które polega na opuszczaniu własnego ciała we śnie i przestawaniu odczuwać wszystkiego, co fizyczne. Zaczęcie dostrzegać to, czego nie ma w realnym świecie. Zaczęcie widzieć to, co jest już odległe. Nawet duchy.
Anne mi się nie przyśniła. Ona naprawdę tu była. Była, aby coś mi powiedzieć, ale nasze połączenie zostało przerwane.
*Zjawisko OOBE istnieje naprawdę i wiele ludzi, je przeżyło :)

11 komentarzy:

  1. ciekawy rozdział ;) czekam na kolejne akcje :D ruda ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe ciekawe ale liczyłam na tp że ją pomaluje

    OdpowiedzUsuń
  3. Niall rozwala system jak zwykle xd ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Nominuję Cię do Liebster Award: http://moje-nowe-zycie-w-samotnosci.blogspot.com/2014/06/liebster-award.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Niall mógł się trochę uspokoić na rozmowę z Julią..
    Rozumiem go,że czuję oszukany i ogóle. No,ale mógł być dla niej trochę milszy..
    Choć on też stracił dziecko, to tym bardziej powinien ją zrozumieć..
    Rozdział ciekawy!
    Do następnego! ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. wow! nie spodziewałam się tego! nie mogę się doczekać co z tego wyniknie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak zwykle Niall, cholerny dupek. Pfff i tak go kocham.
    Świetny rozdział <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  8. niall ogarnij się -,-
    fajny rozdxiał i czekam na nn x

    OdpowiedzUsuń
  9. A o co chodzi ze stratą dziecka Niall'a? Jestem jakoś zacofana pod względem opowiadania?

    OdpowiedzUsuń
  10. Gdy pojawiła się Anne to zaczęłam płakać...nwm dlaczego xD Ale to coś niesamowitego. Czasami zastanawiam się, skąd ty bierzesz takie informacje? xD

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetny rozdział. Nigdy nie słyszałam o takim zjawisku, ale może być ciekawie. Czekam z niecierpliwością na nexta. Pzdr i weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz :)

Szablon by S1K